moja_historia_RSM_alicjastanczukpl

Jak zaczęła się moja historia z RSM?

2020 był dla mnie dziwny i wymagający pod wieloma względami. Przede wszystkim okropny czas pandemii – strach przed nieznanym, sytuacja, z którą przyszło nam się zmierzyć momentami mnie przerastała. Długo nie wierzyłam, nie mogłam się odnaleźć. Ciągle myślałam, ze obudzę się z tego dziwnego snu. A kto mnie zna, ten wie, że potrafią mi się przyśnić naprawdę szokujące historie! 

PIERWSZE OBJAWY

W zasadzie od końca 2019 mój organizm wysyłał pierwsze sygnały, że coś jest nie do końca w porządku. Ciągłe zmęczenie, słabe wyniki morfologii, brak chęci do działania… Wycieczki od lekarza do lekarza – od internisty do ginekologa, przez laryngologa (bo w styczniu przeszłam jeszcze straszną grypę) do alergologa. Wszyscy nieśmiało (lub wręcz przeciwnie) na końcu każdej wizyty sugerowali mi… wizytę u psychiatry. Podobno widać było, że jestem zestresowana i przemęczona. „Przecież Pani dobrze wygląda, tak ładnie! Jest Pani młoda, nic Pani nie jest! A była Pani może u psychologa albo psychiatry?”. Praktycznie każdą wizytę kończyłam tymi słowami a poziom mojej frustracji rósł.

Jestem dość posłuszną pacjentką, która stosuje się do zaleceń, więc poszłam. I do psychiatry i do psychologa. Ich diagnoza nie była jakaś zatrważająca, poza ogólnym przemęczeniem i faktem, że brałam na siebie zbyt dużo obowiązków, wszystko było ze mną OK. 

Dobrze – to co dalej?

Zrobiłam badania na nietolerancje pokarmowe – podobno to mogło być przyczyną złego stanu organizmu. Możliwe. Z wyniku wyczytałam, że wielu rzeczy w ogóle nie powinnam jeść, w tym glutenu, mleka i jajek w żadnej postaci (poza tym jeszcze miliona innych składników, ale te były najważniejsze). Prowadząc dom, pracując i mając naprawdę wiele obowiązków, postanowiłam, że zrobię to dla siebie i jeśli ma mi to pomóc to będę trzymać dietę. Było to ogromnym wyzwaniem dla osoby, która ma w domu do wykarmienia dwójkę dużych chłopców i męża, którzy niekoniecznie chcieliby podzielać moją dietę. Przyzwyczaiłam się już, że od tej pory gotuję dwa osobne obiady – dla siebie i dla reszty rodziny. Zmiana nawyków żywieniowych ze zdrowych na „jeszcze zdrowsze” spowodowała, że poczułam się lżej, ale inne objawy wcale nie ustąpiły. Poziom frustracji nadal rósł. Czasami miałam ochotę napychać się białymi, pszennymi bułkami z jajecznicą i popijać kefirem – w końcu to było zabronione.

W marcu zamknięto nas w domach, więc poza tele-poradami odpuściłam sobie kontakty z lekarzami. Gotowałam w domu, nie chodziłam do biura – automatycznie było mniej stresu. Te braki nadrabiał jednak system edukacji online, przy którym z dwójką dzieci można było naprawdę zwariować. 

…I wtedy przyszedł maj… wydawało się, że wszystko zmierza ku normalności. Wychodzimy z domów, Covidu jakby mniej. Nic nie wskazywało, aby w moim życiu miała nastąpić jakaś „rewolucja”, poza tym, że coraz częściej planowaliśmy powiększenie rodziny a chłopcy bardzo chcieli mieć brata lub siostrę. Wybieraliśmy imię i snuliśmy różne plany…

Dzień matki? Ja już więcej nie będę mamą…

26 maja dostałam od chłopców i męża piękny prezent na Dzień Matki – naszyjnik z symbolem kobiecości, znakiem Afrodyty.  Od tego dnia zaczęło dziać się coś dziwnego, co dotychczas nie miało miejsca. Nieregularny cykl i bardzo obfite krwawienia. Od tej pory co miesiąc odwiedzałam ginekologa (nie tylko swojego, poszłam też celowo do innego lekarza). Nikt nie znalazł przyczyny, podobno wszystko było w porządku. Cytologia sprzed roku również nie wskazywała żadnych niepokojących zmian, a teraz ponoć nie dało się jej zrobić (nie było praktycznie dnia przerwy od krwawienia). I tak do września…. Szukałam, pytałam, sprawdzałam – dostałam nawet tabletki na unormowanie cyklu. Byłam ciągle zmęczona, ale paradoksalnie miałam siłę na to, żeby ukończyć bardzo trudny kurs zawodowy i dostać awans. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że na efekty tych wysiłków będę musiała czekać i odłożyć je w czasie… Dopiero we wrześniu, dzięki swojemu uporowi, intuicji i konsekwencji trafiłam do Profesora Roberta Jacha, który od razu zauważył zmiany i pobrał wycinek do histopatologii… Dalszy ciąg już znacie. 

Nie dajcie się zwieść, obserwujcie swój organizm! Wirus HPV może rozwijać się kilka lub kilkanaście lat nie dając żadnych objawów, by potem przeobrazić się w zmiany nowotworowe, zagrażające zdrowiu i życiu. Jeśli coś podpowiada Wam, że z waszym organizmem jest coś „nie tak” to sprawdźcie to i nie poddawajcie się, bo potem możecie tego żałować…

O charakterystycznych objawach, badaniach czy innych wskazówkach profilaktycznych będę pisać tutaj i na koncie IG @stanczuk_alicja jeszcze nie raz i nie dwa 🙂 Mam nadzieje, że którejś z Was przyda się to, czy profilaktycznie, czy już w trakcie leczenia. Trzymam kciuki za Wasze zdrowie! <3 

Published by

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *